KOSOVO
II
Wiszą nad szarą ziemią pod lodowatym słońcem. Przecięte płomieniem,
krzykiem ptaków płonące. Z bladą przekreską, czarną plamą, poręczą
do nieba. Nie sięgnę już wyżej, nie będę już tam, nie pójdę z nimi.
Schody do nikąd. Płonąca drabina. Schody do nikąd. Tam się zatrzymam.
A
teraz obraz się zmienia i bledną płomienie i ludzie w płomieniach.
Ich światłocienie. I modlą się cienie do ziemi nisko świerszcze
milczą i milczą obłoki. I widzę to. Tak zamknięty i sam. Tak bardzo
sam, że tylko podaję sobie rękę. I teraz mam tylko tę szarą bezbronną
piosenkę. Z przestrzeloną głową, trzecim okiem w pustej potylicy
oglądam obłok tak blisko teraz tak blisko teraz. Tak blisko teraz
Schody do nikąd. Płonąca drabina. Schody do nikąd. Tam się zatrzymam.
Na
kosowym polu gwiżdżą ptaki, czarne kosy z czarnym piórem płynące
wysoko, to strzał czy obłok, kula czy wiatr tak tańczy w młodym
lesie. A my z związanymi drutem dłońmi czujemy jak zmienia się powietrze
i gaśnie już ogień, gdzie czterej żołnierze wpatrzeni w płomień
płaczą. A my z koralikiem pod martwym językiem milczymy tak cicho.
Tak blisko teraz. Schody do nikąd. Płonąca drabina. Schody do nikąd.
Tam się zatrzymam.
|